Mobilne biuro

http://www.youtube.com/watch?v=B079njaz3mc

W Szwajcarii obchodzi się dzień pracy z domu. Z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru, Szwajcarzy nakręcili spot reklamowy, w którym robotnik z młotem pneumatycznym pracował w swoim mieszkaniu. Inaczej mówiąc mobilne miejsce pracy to doskonały pomysł dla tych z nas, dla których jest to adekwatne i sensowne.

Jako biznesowy freelancer jestem podręcznikowym przykładem zdalnego pracownika. Moje mobilne biuro jest wszędzie tam, gdzie się właśnie znajduję. Na przykład niniejszy tekst powstaje podczas podróży Polskim Busem.

Praca to już nie jest miejsce pracy. Co więcej, moja praca już nawet nie wymaga fizycznych narzędzi jej wykonywania. Tworząc ekspertyzy, projektując programy rozwoju lub szkolenia, pisząc teksty, cała moja elektroniczna dokumentacja i korespondencja znajduje się w cyfrowej chmurze. W praktyce oznacza to, że mogę pracować na dowolnym komputerze podłączonym do internetu.

mobilnie

Co więcej, w większości moich robót nie ma znaczenia czy dany komputer pracuje w środowisku Windows, Linux/Ubuntu, Android czy Mac, bo dostęp do chmury mam z dowolnej przeglądarki internetowej.

1995… 
Patrząc wstecz, widzę się jako uczestnik ewolucji mobilnej. W połowie lat 90., przy sporym wysiłku finansowym, kupiliśmy do domu komputer stacjonarny. Jego stacjonarność była dosłowna: z dużym i ciężkim monitorem o kiepskiej rozdzielczości. Moje artykuły i wszelkie inne dokumenty były na dysku twardym, a kopie bezpieczeństwa na magnetycznych dyskietkach. Z internetem łączyłem się poprzez kabel telefoniczny wpięty do komputera. Dzwoniłem na numer  dostawcy, płaciłem za każdą minutę połączenia i pobierałem nieliczne e-maile.

Kilka lat później, jako pracownik Ośrodka Badania Opinii Publicznej, dostałem w pracy laptopa. Wciąż wszelkie dokumenty i prezentacje była zapisane na lokalnym dysku. Kopie bezpieczeństwa tym razem zapisywałem na dysku sieciowym firmy. Lecz daleko było do wizji mobilnego biura. Mogłem pracować poza biurem, pod warunkiem, że nie potrzebowałem wymieniać plików z innymi. W praktyce było to trudne, bo kierując zespołem obsługi klienta potrzebowałem  dobrej wymiany informacji ze współpracownikami.

2000…
Początek wieku XXI to kolejny kamień milowy. Pracując w Szwajcarii, w globalnej centrali firmy AGB, spędzałem masę czasu w podróżach. Podróżowałem z coraz lepszymi laptopami, lecz głównym narzędziem pracy był telefon. W portfelu nosiłem międzynarodową kartę telefoniczną z lokalnymi numerami dostępowymi w każdym kraju, który odwiedzałem. Dzięki temu w Sydney wybierałem australijski numer, wpisywałem kod i tanio dzwoniłem do Szwajcarii. Komórkowe opłaty roamingowe były zabójcze nawet dla naszej nieźle prosperującej firmy. Więc często kupowałem za granicą lokalną kartę pre-paid, dzięki temu korzystałem z lokalnych taryf komórkowych, by dzwonić na moje numery dostępowe. Wtedy zdalne zarządzanie zespołem odbywało się przez rozmowy telefoniczne.

Miałem dobrą intuicję co do kierunku, w którym idzie mobilność. W 2001 na Antypodach zyskałem sobie przydomek „inspector gadget”, bo korzystałem z kieszonkowego komputera Cassiopeia. Wpinałem 4-calowy ekran do zewnętrznej klawiatury i pisałem e-maile, które wysyłałem przez modem w komórce, z którą połączeniem był port na podczerwień. Co więcej, współpracownicy robili wielkie oczy, gdy słyszeli, że kopiuję z laptopa kilkanaście piosenek w formacie mp3 na 32MB kartę CompactFlash, pakuję do kieszonkowego komputera i słucham tego podczas porannego joggingu. Teraz, kilkanaście lat później, wygląda to podobnie. Komórki są pełne empetrójek. Już nikogo nie dziwi mój 7-calowy tablet wpięty w pokrowiec z klawiaturą z dostępem i w sieci poprzez hotspot z komórki.

2005…
Wróćmy do tamtych lat. Rok 2005 to pojawienie się w naszej firmie komunikatora Skype, który u moich włoskich kolegów wyparł… polskie Gadu-Gadu. Otóż przed pojawieniem się Skype’a komunikacja między Włochami ze Szwajcarii, a informatkami w Warszawie odbywała się przez GG.

W Skype chat i do tego darmowe połączenia głosowe to była nowa jakość w naszej pracy. Moja szefowa siedziała w malowniczej dolince u podnóża Alp, a my – jej kilkunastoosobowy zespół działaliśmy we wszelkich możliwych zakątkach globu. Jej pokusa przypięcia do naszych biznesowych obroży smyczy z napisem „Skype na okrągło” była silna. Apele i prośby, by włączyć Skype, gdy tylko pojawiamy się w biurze w San Juan, w Kuala Lumpur czy w Johannesburgu wywoływały rozmaite efekty. Był w zespole ktoś kogo zielona ikonka Skype znikała z sieci tylko na czas snu. Był ktoś inny, który zawsze trafiał na zapory ogniowe i niestabilne wersje oprogramowania, które sprawiały, że był dostępny tylko wtedy, gdy potrzebował wyjaśnić szwajcarskiej księgowej skąd w jego rozliczeniu delegacji pojawiły się dziwne pozycje 😉 Zaś większość zespołu wypracowywała zdroworozsądkowe zasady, by móc skutecznie działać. Ja będąc w biurze byłem zalogowany i miałem domyślnie ustawiony status „nie przeszkadzać”, bo tak wtedy, jak i teraz uważam „instant communication” za przeszkadzacz, który obniża moją produktywność.

Dzisiaj…
Ostatnim wynalazkiem, który ostatecznie oderwał mnie od biurka i mojego komputera jest cyfrowa chmura. Dropbox, Google Drive oraz dedykowane rozwiązania chmurowe zastąpiły twardy dysk w moim laptopie.  Przestrzeń dyskową mam na odległych maszynach. Różnicę obrazuje moja reakcja na awarię dysku w komputerze. Parę lat temu, gdy zamiast ekranu logowania zobaczyłem komunikat, że nie ma dysku to zlany zimnym potem robiłem rachunek sumienia, kiedy ostatnio tworzyłem kopię bezpieczeństwa. Potem zakup nowego dysku lub komputera i kilka dni przerwy w dostępie do moich plików, aż załaduję do nowego środowiska to co było na „backupie”. 
W ubiegłym roku, po awarii dysku wyłączyłem trefny komputer i przesiadłem się na inny laptop. Zalogowałem się na swoje konto w Google. Podłączyłem konto Dropbox. Zająłem się pracą, którą miałem do wykonania. Po kilku dniach naprawiłem dysk.   

Na koniec uwaga dla chmuro-sceptyków. Wiem, że dane w chmurze są narażone na inwigilację. Rozwiązania niemal doskonale bezpieczne są bardzo kosztowne i rzadkie. Takie są na przykład usługi wykupywane u szwajcarskich dostawców przez firmy, które zajmują się złożami zasobów naturalnych w drażliwych politycznie rejonach globu. Jest to rzeczywistość obca większości z nas. Są jednak mobilne alternatywy chmury. Jedną z nich jest system operacyjny i dane na pendrivie.

Jeśli nie chcesz podróżować z laptopem, a źle się czujesz ze świadomością, że Wielki Brat skanuje Twoje zasoby, to możesz podróżować z pendrivem. Dobrze w tej roli sprawdzają się systemy oparte o Linux, gdzie na urządzeniu USB masz system opracyjny i swoje dokumenty. Wpinasz to w dowolny komputer i uruchamiasz swoje środowisko pracy.

Ja mam do tego tematu jeszcze inne podejście: to czego nie chcę wrzucać do chmury notuję na papierze.

wififree