3 filary przejścia ze stałej pracy do freelancerstwa.

http://youtu.be/BfYzHh5-BGs

Podczas rozmów z osobami, które rozważają przejście z etatu do samozatrudnienia dominuje ich obawa, czy znajdą dość silnej woli i motywacji, by pracować bez kieratu. Moim zdaniem faktyczne wyzwanie leży gdzie indziej: w posiadaniu bezpiecznego bufora finansowego oraz w gotowości do czerpania radości z bycia sprzedawcą, bo przedsiębiorca to przede wszystkim sprzedawca.

„Wyjście z korporacji i co dalej – czyli jak nauczyć się pracować bez szefa nad głową lub za plecami. Inaczej, jak być szefem samego siebie i do tego na tym zarabiać.” Tak brzmiało życzenie Oli nadesłane do mnie mailem. Jak słyszę, wędrówka ze stałej pracy do freelancerstwa to temat na czasie. Parę dni temu swoimi pomysłami podzielił się Mariusz Kapusta http://mariuszkapusta.pl/jak-odejsc-z-korporacji/

Temat poruszają ze mną też inni znajomi, bo ponoć w korporacjach panuje dość powszechne marzenie by się uwolnić i być „na swoim”. Zdaje się, że mam być dla nich ucieleśnieniem realizacji tego marzenia. Chętnie wejdę w rolę, choć moje podejście do życia jest specyficzne. Myślę, że ważnym warunkiem bycia „szefem samego siebie” jest rezygnacja z konsumpcjonizmu, oraz gotowość do wędrówki w nieznane. W zasadzie można by z tego wyprowadzić konieczność posiadania życia duchowego. Poszukiwanie sensu tego co robimy, to skuteczny motywator do działania. Odniesienie do czegoś, lub kogoś większego od nas samych, to dobry fundament do stawienia czoła nowej sytuacji.

Aczkolwiek znam, wśród dobrze rokujących i rozwijających się biznesmenów, egocentryków, którzy poza swoim narcystycznym „ja” świata nie widzą.
Rzeczywistość wydaje się igrać ze mną, podsuwając przykłady zaprzeczające temu co głoszę. No i jak tu wejść w rolę mentora samozatrudnienia?!

Wiem, że powyższe dywagacje nie odpowiadają na pytanie o to, jak być produktywnym bez szefa nad głową. Ola w swoim mailu postawiała przede mną osobę, która jest poza korporacją i zapytała jakich kompetencji potrzebuje, by zbudować swój biznes w oparciu o pracowitość i samodyscyplinę?

Cóż mogę powiedzieć, gdy ponoć 90% zaczynających biznes, upada i nie wytrzymuje presji rynku? Zatem nim zbudują biznes już ich nie ma.

Zaryzykuję tezę, że nie ma sensu wyodrębniania kompetencji, które doprowadzą do sukcesu. Raczej myślałbym o postawach, niż o konkretnych umiejętnościach.

Znam ludzi, którzy mają fatalne nawyki i kiepskie kompetencje, a zbudowali ogromne biznesy. Jenak znam też odnoszących sukcesy, którzy są wzorem cnót i kompetencji.

Co więcej, w grupie tych co polegli, też są jedni i drudzy!

Może jednak jest jakiś punkt zaczepienia dla Oli?

Czy na przykład warto uznać, że pracowitość ma duże znaczenie po wyjściu z korporacji? Nie wiem. Ja sporo pracuję, ale nie mam przekonania, że to jedyna droga do zbudowania własnego biznesu.

Może pasja jest konieczna? Być może, bo pewno ułatwi pokonywanie przeciwności.

Czy potrzebna jest dzikość serca i odrobina szaleństwa? Myślę, że tak! Skoro 10% przetrwa, a 90% polegnie, to czyż rozsądny człowiek wybiera drogę 10%? Żądza przygód i umiłowanie zmienności mogą się przydać na tym szlaku.

Jak widzicie nie mam recepty, ani zestawu „złotych rad” gwarantujących rynkowy sukces. Zamiast tego, w jednominutówce, opowiedziałem, jak pracuję „na swoim”. Może posłuży wam to za inspirację. Być może coś z tego, co sprawdza się u mnie, będzie też skutecznie działać u was. Jednak przestrzegam, przed wiernym naśladownictwem. Każdy z nas ma inną linię życia i inne talenty. Myślę, że warto szukać własnej drogi.

Czas na puentę. Raz na jakiś czas, ktoś ze znajomych kusi mnie pracą etatową. Od strony stabilności finansowej, prestiżu, czy wpływu na bieg świata, to niekiedy ciekawe oferty. Lecz kładąc na drugą szalę, to co robię i gdzie jestem, nic etatowego nie przebija, tej „bezkresnej prerii nieograniczonych możliwości”, na której cieszę się wolnością wybierania niecodziennych szlaków.

Jako argument ostateczny, przypominam sobie wtedy historyjkę opowiedzianą przez Anthony de Mello, w tomiku „Śpiew ptaka”:
Filozof Diogenes jadł soczewicę na kolację. Zobaczył to filozof Arystyp, który żył wygodnie za cenę pochlebiania królowi. Arystyp zwrócił się do niego:
– Gdybyś się nauczył być poddanym królowi, nie musiałbyś jeść tej dziadowskiej soczewicy.
Na to odpowiedział Diogenes:
– Gdybyś ty się był nauczył jeść soczewicę, nie musiałbyś przypochlebiać się królowi.