Jak poprawić swoją sytuację finansową?

http://www.youtube.com/watch?v=XQQEIcg85J8

„Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze” – taką diagnozę wszelkiej maści problemów od rodzinnych, przez biznesowe, aż po polityczne słyszę od znajomych.

Gdy audytor szuka wyjaśnień anomalii, to kieruje się zasadą „follow the money” (podążaj za pieniędzmi). W ten sposób poszukuje ostatecznego beneficjenta, np. w sytuacji korupcji.
Zaś ostatnio ktoś poprosił zebranych na konferencji o informację, w jakim obszarze życia idzie im najsłabiej. Wiele osób odparło, że w finansach.
Coś jest na rzeczy z tymi pieniędzmi, więc dzisiejsza jednominutówka dotyczy finansów.

Polskie lekcje ekonomii

Według mnie, Polska od początku lat 90. odrabia zaległą lekcję z ekonomii, którą odebrał jej komunizm.
Pierwsza dekada to był zryw do zarabiania pieniędzy, bo kto miał głowę na karku to widział, że przedsiębiorczość przekłada się na rozwój.
key-470345_640Kolejna dekada to był walec globalnych korporacji, które wykorzystały naiwność polityków wierzących w „niewidzialną rękę rynku” i przejęły strumień polskiego pieniądza. Kupowano polskie firmy, by je zamknąć i rozgościć się na podbitym rynku. Pakowano się z hipermarketami do centrów miast, wyniszczając rodzinne sklepiki. Przejmowano banki, a zyski z obrotu pieniądza lądowały za granicą. Po takiej akcji, masowa produkcja, sprzedaż i bankowość w Polsce, to zagraniczne korporacje. Polska przedsiębiorczość pozostała w lukach rynkowych pozostawionych przez globalnych graczy, robiących w Polsce to, na co tylko mają ochotę. Bo w Polsce się mówi, że pieniądz nie ma narodowości. Dziwne, bo ten sam pieniądz w Niemczech czy Francji jest  niemiecki albo obcy, francuski, albo obcy, a u nas jest bez narodowości. To najwyraźniej kolejny fragment naszej narodowej lekcji z ekonomii.

Teraz jesteśmy w połowie trzeciej dekady i nadal się uczymy.  Mamy czas, gdy politycy odkryli, że zamiast oszczędzać na wydatkach publicznych, można je beztrosko powiększać, szukając finansowania w coraz to nowych formach podatków nakładanych na przedsiębiorczych Polaków (ale nie na zagraniczne korporacje, bo oni to goście, a gości traktujemy w naszym kraju wyjątkowo).
Do tego bankrutujący ZUS, czyni – pewno nieświadomie – co w jego mocy, by wraz z jego upadkiem, upadło w Polsce jak najwięcej firm, które są obciążane kosztami skazanego na klęskę systemu ubezpieczeń społecznych.

Młodzi adepci

Te zajęcia warsztatowe z ekonomii najwyraźniej osiągają swoje apogeum, bo już nawet mikroprzedsiębiorstwa uciekają do Wlk. Brytanii, lub innych krajów, gdzie politycy nie podcinają gałęzi, na której siedzą. Ciekawe jak się skończy niniejsza lekcja.
Pierwsze owoce tej edukacji, słyszę podczas rozmów studentów. Młodzi Polacy, w kraju, którego obywatele mają ducha przedsiębiorczości we krwi, widzą nadzieję na dobrą pracę – o zgrozo – w korporacjach lub administracji publicznej. Raz na jakiś czas ktoś z nich wspomina o własnym biznesie, ale szybko zastrzega, że w tym celu ucieknie z Polski. Trudno odmówić tym młodym ludziom pragmatyzmu i zdrowego rozsądku. Korporacja jest silniejsza niż rząd, więc pod jej skrzydłami pokorny i pracowity specjalista ma gwarancję bezpieczeństwa socjalnego. Zaś administracja publiczna daje urzędnikowi stałą pracę, a do tego praktyczny immunitet i władzę nad petentami, bez ponoszenia ryzyka, ani brania finansowej odpowiedzialności za swoje decyzje. Wprawdzie przedsiębiorczość to droga realizacji marzeń biznesowych, ale dlaczego młody człowiek ma robić to w kraju, gdzie urzędnik skarbowy ma wykazać się ukaraniem co najmniej 80% skontrolowanych przedsiębiorców? Przecież można marzenia realizować tam, gdzie urzędnik służy obywatelowi, a nie obywatel jest pod władzą urzędnika.

Proste ćwiczenie

W takim kontekście nagrałem jednominutówkę, w której mówię, że pieniądze są problemem dla każdego: od premiera, poprzez przedsiębiorców, aż po polskie rodziny.
business-163870_640Jak z tego wyjść? Zacznijmy od prostego ćwiczenia: trzeba podzielić kartkę na dwie części. W jednej części spiszmy ile zarabiamy, a w drugiej ile planujemy wydawać. Podliczmy i tak skorygujmy wydatki, by było ich mniej niż przychodów. Czyli wydawajmy mniej, niż zarabiamy.
To ćwiczenie do wykonania i wprowadzenia w życie dla każdego. Jeśli odrobi je zarówno premier, jak i pojedyncza rodzina, to może skończy się szukanie pieniędzy na realizację potrzeb, na które nas nie stać?
Oczywiście przedsiębiorczy obywatel ma pole do popisu w szukaniu sposobów, by zarobić coraz więcej, aby wciąż wydawać mniej niż zarabia, a przy tym żyć sobie nawet w królewskich luksusach.
Lecz polityk i urzędnik mają wydawać tak mało jak to konieczne, bo oni są kosztem tego systemu, a koszty mają być jak najmniejsze, by kraj się rozwijał.
Tak to widzę w naszym kraju będącym w 10% najbogatszych państw świata, w którym istotną troską mieszkańców jest sytuacja finansowa.
Zacznijmy liczyć koszty życia, by zamiast skończyć jak zbiorowy bankrut, być globalną kuźnią przedsiębiorczości.