Jak sprawić by komputer służył 6 lat zamiast 3? UBUNTU

Mój 6-letni laptop przyspieszył 10-krotnie. Kryje się za tym prosta sprawa. Wyrzuciłem Windows i zainstalowałem Ubuntu, czyli najpopularniejszą dystrybucję Linuksa.

Polecam eksperymenty z szukaniem alternatywy dla produktów Microsoft. Szczególnie kieruję te słowa do osób, które wpadły w pułapkę haseł o konieczności zakupu nowego komputera co 2 lub 3 lata, by jako tako funkcjonować w cyfrowym otoczeniu.

Jest to informacja napędzana przez producentów sprzętu i oprogramowania. Oczywiście jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.
Pomyślmy, jak firma Dell, HP czy Samsung odczuje różnicę między tym, że ja i miliony innych konsumentów kupi komputer raz na 6 lat zamiast raz na 3 lata? Odczuje to jako spadek przychodów o połowę.
Jak firma Microsoft odczuje kupienie ich licencji raz na 6 lat, a nie co 3 lata? Dokładnie tak samo jak ci powyżej.
Jest w ich finansowym interesie sprawić, bym szybko uznał, że mój komputer jest beznadziejnym rupieciem nadającym się na złom. Jak to osiągnąć? Najlepiej bym doszedł to takiego poziomu frustracji, że pod wpływem emocji połączonych ze spadkiem mojej produktywności znajdę sposób i finansowanie na nowy sprzęt z nowym systemem operacyjnym.
Na marginesie powiem, że jest też inna ścieżka sukcesu w propagowaniu złomowania komputerów. Są nią gry komputerowe. Nowe gry wymagają od ich lojalnych fanów inwestycji w sprzęt i system. Lecz rozrywka to inny temat i dajmy mu dzisiaj spokój.
Złomowanie urządzeń i zakup nowych jest błogosławieństwem finansowym dla producentów sprzętu i systemów operacyjnych. Jest to jednocześnie kolejny krok w stronę zamiany Ziemi w wysypisko śmieci. 
Czy jest inne wyjście? Mój przykład pokazuje, że „tak”. Dzisiejszy odcinek (tak jak wszystkie wcześniejsze) został zmontowany i wzbogacony o oprawę graficzną na moim laptopie, który w styczniu skończył 6 lat.
Bowiem podpatrując starsze pokolenie Szwajcarów, nabrałem nawyku używania przedmiotów tak długo jak to tylko możliwe i naprawiania tego co się zepsuło.
Stosuję to do wielu dziedzin życia, łącznie z komputerami. Jest to mój drobny wkład w dbałość o Ziemię.
Na szczęście mam dość dobre pojęcie o technologii i potrafię dobrać to co zaspokaja moje potrzeby.
Temat jest też spokrewniony z moim poparciem dla wolnych licencji. Jednym z tego przejawów jest publikowanie każdego z odcinków 1-minutowego Frugi na licencji Creative Commons (CC). Daje to innym możliwość darmowego wykorzystania filmów np. do szkoleń lub prezentacji (także takich, na których zarabiają oni pieniądze).
Sam z kolei korzystam z oprogramowania, które inni tworzą na otwartych licencjach. Poza systemem operacyjnym Linux (i jego dystrybucją ubuntu) korzystam niemal wyłącznie z programów użytkowych tworzonych na wolnych licencjach.
W mojej aktywnej pracy biznesmena, doradcy i trenera wszelkie potrzebne oprogramowanie znajduję w wolnych zasobach. (Tym trudniej mi zrozumieć dlaczego publiczne pieniądze naszego mocno zadłużonego kraju są wydawane na masowe kupowanie licencji firmy Microsoft do polskich szkół!).
Reasumując, odcinek o Ubuntu ma wywołać refleksję, że istnieje alternatywa dla monopolu licencjonowanych produktów firmy Microsoft. Zdaję sobie sprawę, że niektóre zawody (np. graficy komputerowi) potrzebują oprogramowania, które jest dostępne tylko w wersji Windows lub Mac.
Natomiast spora rzesza osób korzystająca z komputerów w prostszy sposób może z powodzeniem pracować na bezpłatnym oprogramowaniu.
Piszę to także pod rozwagę tych z Was, którzy odpowiadają za organizacje biznesowe lub non-profit, w których licencje na oprogramowanie są poważną pozycją w corocznym budżecie. Są na świecie firmy, które po podobnej refleksji wdrożyły oprogramowanie dostępne na wolnych licencjach.